Przejdź do głównej zawartości

Posty

STEVE HACKETT - Under a Mediterranean Sky

InsideOut Music, 2021 - Panie, włącz pan ciepło! - Rzucił do kierowcy autobusu jeden z gości weselnych. Było już prawie nad ranem, temperatura za oknem spadła o połowę, a kierowca, najwidoczniej w obawie o stan swojego pojazdu, postanowił towarzystwo zamrozić, by przypadkiem kogoś w cieple nie ogarnęły mdłości. Takie właśnie głupoty zdarza mi się pamiętać, ale tekst kolegi pasuje jak ulał do „Under a Mediterranean Sky”. Płytę polecam wszystkim, którzy chcieliby sobie „włączyć ciepło”. Zapas tego ciepła przywiózł Steve Hackett, były gitarzysta Genesis, z niedawno ukończonej podróży w rejony akwenu śródziemnomorskiego, jakiej dokonał u boku swej małżonki. Zarówno urok jak i wielokulturowość tamtych rejonów, przelał następnie na nuty, tworząc materiał na rzeczony album. Do tego celu wykorzystał całą gamę akustyków, włączywszy w to również te bardziej egzotyczne, jak charnago (niewielka andaluzyjska gitara, podobna do mandoliny) i iraqi oud (strunowiec popularny w rejonach arabskich), jak
Najnowsze posty

LADY PANK - LP40

Agora Muzyka, 2021 Nazwa Lady Pank pojawia się na moim blogu zdecydowanie zbyt późno. Kibicuję im od wydanego w 1994 roku albumu „Nana”, systematyczce wracam do ich starych krążków (każdą świąteczną porą zatapiam się w „Zimowe Graffiti”), a sam duet Borysewicz - Panasewicz uważam za jeden z ważniejszych muzycznych duetów w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Na obchodzone właśnie 40-lecie, Lady Pank uraczył nas świetną płytą, która z pewnością zyska uznanie większości fanów. Jakby gitarowej elegancji Jana Borysewicza i wciąż świetnego gardła Janusza Panasewicza było mało, dostaliśmy też na „LP40” bardzo mocny team artystów słowa pisanego, z Andrzejem Byrskim na czele. Co prawda nie rozpisał się Andrzej Mogielnicki (tylko jeden utwór), nadworny tekściarz grupy w latach 80'ych, aczkolwiek cieszy już samo jego pojawienie się na płycie. „Rzucanie błotem do celu - odwieczny nasz narodowy sport, za chwilę, mój przyjacielu, tą samą ręką podzielisz tort...” śpiewa Janusz Panasewicz, podc

THOR - Rising

Deadline, 2020 Niewiele brakowało, a album ten wyrzuciłbym precz. Trochę jednak szkoda by było. Wszystko przez pierwszy utwór. Jon Mikl Thor nie jest dobrym wokalistą, nigdy nim nie był, jestem tego w pełni świadomy. Mimo wszystko, to co usłyszałem w otwierającym album „Wormhole” przerosło mnie. I nie pomogła legenda, epickość i kultowość – nie dałem rady. Całe szczęście kolejny, „Defend Or Die”, to już Jon Mikl Thor na swoim standardowym, słabym, aczkolwiek akceptowalnym poziomie, a do tego z niespodziewanie mocarną dawką gitarowego jadu, jakiego nie słyszałem u niego już dawno. Aż mi się przypomniały czasy „Triumphant”, kiedy to po raz pierwszy zakosztowałem w tych dumnych, rycerskich riffach, za sprawą których zapragnąłem poznać całą resztę dorobku ów artysty. Tego mi było trzeba! Przepraszam Jon, że tak się uniosłem. Przecież wiem, że żaden z ciebie Pavarotti, a przecież pesel też już w oczy kole. Dobrze więc, przypomniałem sobie za co cię tak ceniłem, a na „Rising” jest tego sporo

ANGELO BADALAMENTI - Soundtrack From Twin Peaks

Warner Records, 1990 „Where we from, the birds sing a pretty song, and there is always music in the air”. Stawiam kawę i placka z wiśniami jeśli Angelo Badalamenti nie pochodzi z tegoż właśnie miejsca. Zresztą David Lynch, twórca kultowego „Miasteczka Twin Peaks”, także. Od kilku dni znów towarzyszy mi niegasnąca magia tego serialu. Odmalowany w nim świat już w dzieciństwie zafascynował mnie. Spowodował, że z czasem zacząłem inaczej patrzeć na sztukę - na kino, na fotografię, czy muzykę. Wielu płyt nie byłoby dziś w mojej kolekcji, gdyby nie muzyka, którą usłyszałem w Twin Peaks. Jazz jest tutaj najlepszym przykładem, bo „Soundtrack From Twin Peaks” to z całą pewnością pierwszy jazzujący album, jaki pokochałem. W porównaniu do pozostałych ścieżek dźwiękowych z „Miasteczka”, na kultowej „jedynce” tego jazzu znajdziemy chyba najwięcej - „The Bookhouse Boys”, „Freshly Squeezed”, „Dance Of A Dream Man” - jednak to nie za ich przyczyną najczęściej sięga się po ten album. Kultowy otwieracz „

STAN BUSH - Dare To Dream

L.A. Records, 2020 Już od pierwszych chwil otwierającego płytę „Born To Fight” odetchnąłem z ulgą. Po kim, jak po kim, ale po nim nie oczekiwałem eksperymentów. Nawet najmniejszych. Ten człowiek zdefiniował się już dawno temu, a dziś miast za mamoną, wciąż konsekwentnie podąża za tym, co mu w duszy gra. Wspominam go jak najlepiej. Jako dziecko zasłuchiwałem się w tych serce roście utworach, które każdy fan takich filmów jak Transformers The Movie (1986), Kickboxer (1989), czy Bloodsport (1988) dobrze zna. Kojarzycie tę scenę, gdy po słowach Optimusa Prima’a („Megatron must be stopped... no matter the cost”) rozbrzmiewa cudowny „You’ve Got The Touch”? Od tamtych chwil ten człowiek i jego, nazwijmy go Melodic Workout Rock, stał mi się niczym kolejny dobry wujek, który pokazał mi to, co w muzyce jest najpiękniejsze. A wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Stan Bush od tamtych czasów nie zmienił się ani o jotę! Wokal ma jak w 86, a i kompozycje pisze na miarę starych klasyków. Rzekłbym

WHITE WIDDOW - Victory

AOR Heaven, 2018  Po przesłuchaniu kilku albumów House Of Lords na dobre rozbudziłem w sobie apetyt na melodyjnego rocka. Zacząłem grzebać w płytach, surfować w sieci i przypomniałem sobie o zespole White Widdow. Pamiętam ich z płyty „Serenade” z 2011 roku, później jednak straciłem chłopaków z oczu. Wydany przed dwoma laty „Victory”, to jak dotąd ostatni studyjny album zespołu - sięgnąłem po niego z entuzjazmem.  Co tu dużo mówić, wiem już, co mnie ominęło przez tych kilka lat rozłąki z twórczością Australijczyków. Od dawna nie uświadczyłem tak dobrze brzmiącej płyty, takiej świeżości, przebojowości. White Widdow z całą pewnością ma to wszystko. Ich muzyka chwyta od razu. Melodyjny AOR z mocno wyeksponowanymi klawiszami, czyste brzmienie, nasycone dźwięki - ta płyta jest jak wielki kubek mocnej kawy. Za przykład niech posłuży taki „Fight For Love”, albo „Late Night Liason”. Ten ostatni, zwłaszcza refren, kojarzy mi się z jakimś starym Tygers Of Pan Tang, z czymś z okolic „The Cage” - „

GARTH BROOKS - Fun

Pearl, 2020 Fascynująca jest ta olbrzymia popularność muzyki country za wielką wodą, a zarazem jej nie popularność w Europie. Spójrzcie na człowieka spoglądającego na was z okładki. Ten facet sprzedał w USA więcej płyt niż Elvis Presley, The Eagles, Led Zeppelin i Michael Jackson. Garth Brooks w listopadzie wypuścił swój najnowszy album. W Polsce pobił on rekord sprzedaży i rozszedł się w ilości dwóch sztuk. Jedna leży u mnie na półce, drugą kupiłem na wypadek, gdyby pierwsza mi się porysowała. Choć o pewne obawy przyprawił mnie zarówno tytuł, jak i okładka, to album jest naprawdę udany. A niech mnie, pokuszę się nawet o zdanie - najlepszy od czasu powrotu Brooksa w 2014 roku. Ani bowiem „Man Against Machine”, ani też „Gunslinger” kompozycyjnie nie podszedł mi tak, jak najnowsza płyta. Garth Brooks po prostu zagrał tutaj tak jak lubię. Dostałem kilka prostych country rockerów, z których moje ulubione to singlowe „All Day Long”, oraz „Dive Bar” (duet z Blake’em Sheltonem). Do tego dorzu