20.12.2020

VANILLA NINJA - Love Is War

Capitol Records, 2006

Jakieś piętnaście lat temu na łamach mojego ówczesnego webzine’u rozpływałem się nad płytą „Blue Tattoo” estońskiego girls bandu Vanilla Ninja. Była to hardkorowa, młodzieńcza lektura o „niczego sobie laskach” i „chórkach rodem z Accept”, przy czym jej wydźwięk był jak najbardziej pozytywny. Zespół niedawno reaktywował się i już w przyszłym roku zamierza uraczyć nas nową płytą.

David Brandes – producent, a także autor większości kompozycji z „Traces Of Sadness” i „Blue Tattoo” ponownie wziął Vanillki pod swoje skrzydła. To dobry prognostyk. Te dwie płyty, na tle pozostałych, miały chyba najwięcej witalności i wdzięku. Z kolei „Love Is War”, czwarty album, to ich najbardziej osobista płyta - prawie wszystkie piosenki są autorstwa Lenny Kuurmyy i Piret Jarvis. Przyznaję, że miałem z tym albumem spory problem. O ile jej początek przyjmowałem z entuzjazmem (tutaj wymienić trzeba zwłaszcza kapitalny „Dangerzone”), tak przez okolice „Shadow Of The Moon”, „Black Symphony” i „Pray” za nic „przebić się” nie mogłem i po prostu poza czterema pierwszymi utworami niewiele z płyty pamiętałem. Dopiero po latach w całości doceniłem jej potencjał i dzisiaj obok takiego „Battlefield”, „Bad Girls”, czy „Spirit Of The Dawn”, przechodzę już z nieco większą uwagą. Z entuzjazmem czekam też na nowy album. Pierwszy po piętnastu latach i nagrany w niemal klasycznym składzie – z „niczego sobie Triinu Kivilaan”, a że owa pani również niczego sobie śpiewa, możecie przekonać się sięgając po jej solową płytę z 2008 roku – „Now And Forever”.

13.11.2020

BRUCE SPRINGSTEEN - Letter To You

Columbia, 2020

„Good morning Cicely, tu Chris o poranku!”. Kto pamięta serial „Przystanek Alaska”? W miasteczku Cicely, w którym toczyła się akcja (w rzeczywistości ów miasteczko nazywa się Roslyn i jest położone w stanie Waszyngton, zaledwie kilkadziesiąt mil za mieściną North Bend, gdzie kręcony był „Twin Peaks”) działała stacja radiowa KBHR, a w niej pracował Chris, który tak właśnie witał swoich słuchaczy codziennie o poranku. Przypomniałem sobie o tym słuchając nowej płyty Bruce’a Springsteen’a - a jakże - o poranku.

Z kubkiem gorącej czarnej kawy rozsiadłem się wygodnie w fotelu, z głośników popłynęła muzyka i zdałem sobie sprawę, że oto szósta rano jest dla tej płyty pisana. Mam jeszcze trochę takich płyt. Ciężko się je słucha, bo ja lubię spać do późna, stąd najczęściej słucham je w samochodzie, gdy przyjdzie z wczesnego rana gdzieś wyruszyć (oby jak najczęściej były to góry, a „Letter To You” może grać zamiast kawy). Ale dlaczego ja o tym, zamiast po prostu pisać o muzyce? Otóż Springsteen to facet, którego piosenki od zawsze rysują takie obrazy, że nawet niemuzyczni na co dzień kinomani zechcą się w nie wpatrywać. O tym, że ów artysta został namaszczony przez gitarę i tak wszyscy wiedzą. Tutaj mamy jednak coś więcej niż umiejętności. Tutaj jest serce i emocje, a wierzcie mi - mając tyle - nawet wybitne umiejętności nie są potrzebne. Zatopmy się więc w tym wzorcowym heartland rocku i cieszmy się chwilą, smakujmy ten poranek, siorpmy gorącą kawę w barze u Hollinga, albo w każdym innym małym miasteczku, w każdym innym lokalnym barze („w którym muzyka nigdy się nie kończy”). „So wake and shake off your troubles my friend, we'll go where the music never ends, from the stadiums to the small town bars, we'll light up the house of a thousand guitars”, jak śpiewa Boss w „House Of A Thousand Guitars”. Polecam również (do tej kawy): „One Minute You’re Here”, „If I Was A Priest”, „Song For Orphants”.

04.11.2020

BON JOVI - 2020

Island, 2020 

Wpadłem po uszy. Od dobrych kilku dni nie mogę oderwać się od tej płyty. Wystarczyło raz tylko ją włączyć i stało się. Panie i Panowie – nowy album Bon Jovi. 

Hiciory? Oczywiście. Nie mam jednak na myśli smakołyków w stylu „Livin On A Prayer”, „Always”, czy „It’s My Life”. Śmiem twierdzić, że myślę o czymś nieco ambitniejszym! „Blood In The Water”, bo o nim mowa, to z całą pewnością jeden z najlepszych utworów w dorobku Jona Bon Jovi i spółki. Przepiękna ballada. Mogłaby wybrzmiewać gdzieś, w jakimś 1992 roku, w grającym jeszcze muzykę MTV. Przejmująca i godna nie przeoczenia rzecz. Utwór traktuje o problemie imigrantów, o ich codziennej walce, o odrzuceniu. Temat jak najbardziej aktualny, wywołujący wiele kontrowersji i skrajnych emocji. Sam utwór - dzieło kompletne, a także chyba najładniejsze gitarowe solo na płycie. Oczywiście „2020” to nie tylko „Blood In The Water”. „Limitless”, „Do What You Can”, „American Reckoning”, „Unbroken” - ta płyta ma wiele momentów, do których z przyjemnością będę wracał. Album lirycznie porusza sprawy trudne (bo nie czarujmy się - taki i był ten rok, tytuł płyty nie jest przypadkowy), natomiast muzycznie rozprawia się z nimi w tak piękny sposób, że powinno się go dodawać w gratisie do szczepionki na Covid. Albo jeszcze lepiej - zamiast niej. Niech singlowy, niesamowicie pozytywny „Do What You Can” stanowi tu za najlpeszy przykład. A polecam zwłaszcza jego wersję country, nagraną z wokalistką Jennifer Nettles.

20.10.2020

KAREN JONAS - The Southwest Sky And Other Dreams

Karen Jonas, 2020

Jest coś w głosie tej dziewczyny, co nie pozwala mi nie sięgać po jej kolejne wydawnictwa. Razem z utalentowanym gitarzystą Timem Brayem stworzyli według mnie jeden z bardziej rozpoznawalnych duetów dzisiejszej sceny country. Zakorzenieni w klasyce, acz nie stroniący od stylistycznych niespodzianek (swingowe motywy na płycie „Butter”), implementowanych z wyczuciem równym temu, z jakim śpiewa Karen, zaproponowali nam kolejny muzyczny obraz.

Pokazuje on jak wszechstronnym gatunkiem jest muzyka country i jak wiele piękna można z niego wykrzesać. Americana i honky tonk, z wdzięczną domieszką rockabilly, to główne składowe tej płyty, a tu i ówdzie pojawiają się inne smaczki, typu gitara latynoska na starcie „The Last Cowboy (At The Bowling Alley)”, czy więzienny blues w niesamowicie klimatycznym „Farmer John”. Zagłębiając się w liryki można jeszcze mocniej wsiąknąć w tę płytę. Karen porusza wiele aktualnych i ważnych tematów, umiejętnie odnosząc się do klimatu danego utworu. Na przykład w pozornie wesołym, ociekającym rockabilly „Be Sweet To Me”, Karen owszem nawiązuje do tamtej epoki, ale w taki sposób: „Masz zaczesane do tyłu włosy, jakbyś był Jamesem Deanem, aczkolwiek jeśli bardziej przejmujesz się swoimi włosami, niż mną, to wiemy jak to się skończy”. Moich ulubionych fragmentów na „The Southwest Sky and Other Dreams”  mógłbym wskazać wiele i umówmy się, że może tym razem nie będę zwyczajowo wymieniał tytułów, a po prostu polecę wam ten album jako całość, a cytując tekst jednej z piosenek Karen, spuentuję recenzję w jednym zdaniu - „Thank you for teachin’ me to love country songs”.

LUKE BRYAN - Born Here Live Here Die Here

Capitol Records Nashville, 2020

Nie podeszła mi poprzednia płyta Luke’a Bryana. Czekałem na nią, nakręcałem się, a tu lipa. Zdecydowanie milej wspominam tę, która ją poprzedzała, to jest „Kill The Lights”. W sierpniu ukazał się jego najnowszy album - „Born Here Live Here Die Here” i co tu dużo pisać - wychodzi na to, że znowu jest dobrze.

Przynajmniej dla mnie. Przyznam się, że przy okazji tego krążka, raz jeszcze dałem szansę płycie „What Makes You Country” i chyba jest światełko w tunelu, jednak pierwsze wrażenie tegoroczna świeżynka zrobiła na mnie o wiele lepsze. Płyta jest krótsza (33 minuty, czyli w przypadku płyty country - klasyka), bardziej spójna i według mnie kompozycyjnie atrakcyjniejsza. Już otwieracz „Knockin’ Boots” ustawia słuchacza i daje pewne wyobrażenie co do całości. Jest dynamicznie, bardzo przebojowo i nieco imprezowo, ale to już słynna domena piosenek Luke’a Bryana, która czasem może nieco irytować. Zwłaszcza gdy przypomnimy sobie jak o rzeczonym imprezowaniu śpiewał niegdyś Hank Williams Jr., na przykład na albumie „Born To Boogie” z 1987. Po takim zestawieniu Bryanowa „One Margarita” brzmi jak jakiś hollywoodzki żart. Dajmy jednak Lukowi spokój. Może i lubuje się w truskawkowych trunkach, jednak rozciąga się nad nim to samo południowe niebo i dobrze gada (jak większość południowych ziomali w zielonych czapkach z logiem Johna Deere): „Yeah, I’m gonna be proud to be right here, just like my daddy, and his daddy did too, ride the same roads, work the same dirt, go to the same church, and drink the same beer”. Przede wszystkim zaś Luke użył swojej mocy i nagrał trochę naprawdę dobrej muzyki, do której nie raz, nie dwa, a na pewno częściej wrócę.

20.09.2020

TIM MCGRAW - Here On Earth

Big Machine, 2020

Tim McGraw wraca ze swoją szesnastą już płytą studyjną. Jej tytuł to „Here On Earth”. Album ukazał się w drugiej połowie sierpnia bieżącego roku, nakładem Big Machine Records.

Każde zetknięcie z muzyką McGraw’a to dla mnie mentalna podróż na zachód Stanów Zjednoczonych. „Here On Earth” nic w tym temacie nie zmienia. I całe szczęście. Charakterystyczny, delikatny i nieco nosowy wokal McGraw’a w zupełności wystarcza aby ponownie zanurzyć się w krajobraz, który zapamiętałem. A przecież muzyka płynąca z „Here On Earth” jest również znajoma. McGraw ustawicznie trzyma się obranego stylu, umiejętnie łącząc klasyczną muzykę country z pop-rockiem, aczkolwiek, co trzeba mu wytknąć - sam pisze niewiele. McGraw ma od tego tzw. „crew”, a ten od lat spisuje się więcej niż zadowalająco. Zresztą nazwiska mówią same za siebie - między innymi Tom Douglas, James T. Slater, Bryan Simpson i Luke Laird. „Here On Earth”, owoc tej muzycznej kooperacji, to album, który może nie jest rewolucyjny, jednak na pewno gatunkowo wszechstronny i - przyznać muszę - świetnie skomponowany. To płyta w dużym stopniu spokojna, refleksyjna, wręcz sentymentalna. Za dobry przykład niech posłużą tutaj takie kompozycje jak „Hallelujahville”, „Not From California”, „L.A.”, czy fenomenalne, zdecydowanie najlepsze w tym zestawie - „Chevy Spaceship” oraz „I Called Mama”. Płyta trwa dość długo, około godziny, jednak im dłużej jej słucham, tym chcę więcej, a zatem, kolokwialnie mówiąc - jest dobrze. Szczerze polecam. (4,5)

19.08.2020

WHITECROSS - Whitecross

Pure Metal, 1987

Miałem ostatnio okazję poznać dwa bardzo ciekawe zespoły z nurtu chrześcijańskiego heavy metalu. Jeden z Kalifornii, drugi z Illinois. Barren Cross, ten pierwszy, stylistycznie bliższy jest amerykańskiemu power metalowi i zespołom pokroju Vicious Rumors, czy Liege Lord. Whitecross natomiast, to propozycja dla miłośników muzyki wczesnego Ratt albo Lizzy Borden, gdzie uświadczymy więcej hard rocka i hair metalu. 

Niewątpliwym atutem Whitecross jest świetny wokalista i jeden z założycieli zespołu - Scott Wenzel. Facet brzmi jak mix Stephen’a Pearcy (Ratt) i Dave’a King’a z Fastway (pamiętacie kapitalny soundtrack do filmu „Trick Or Treat”? - to ten klimat). Kolejny temat - gitarzysta. Rex Carroll, co ten człowiek wyrabia! I nie mam tu bynajmniej na myśli jakichś wirtuozowskich akrobacji. Jego riffy są proste... ale mają moc. Zapoznałem się pobieżnie z twórczością Whitecross okresu z Rexem Carrollem w składzie. Tego aż chce się słuchać. Kilka przykładów: „Attention Please” z płyty „Triumphant Return”, „When The Clock Strikes” z płyty „Hammer And Nail”, „Down” z płyty „Triumphant Return”, czy w końcu „No Way I’m Going Down” z „Whitecross” i fenomenalny „He Is The Rock” z tejże płyty. Polecam! Debiut Whitecross osiągnął siedemnaste miejsce w tygodniku Billboard, w kategorii „Top Contemporary Christian Music”, pojawił się też w zestawieniu „Top 100 Christian Rock Albums Of All Time” HM Magazine. (5,0)